Skip navigation

W Piątek zostałem zaproszony przez mojego promotora, Mietka, na wyjazd na ryby. Już kiedyś od niego słyszałem, że łowienie w oceanie to zupełnie inna bajka niż łowienie w akwenach słodkowodnych. Parę razy w życiu pojechałem łowić rybki w stawach hodowlanych, jedyne co zapamiętałem to męczenie się z żyłką, przynętą, zanętą i przede wszystkim stoicką cierpliwością. Po tym jednak jak słyszałem, że wędkowanie na oceanie to przede wszystkim wysiłek fizyczny, nie wahałem się ani chwili, kiedy otrzymałem tą propozycję. Wrażenia pozostaną do końca życia..

Pojechaliśmy to Truro, mieścinie na Przylądku Dorsza (Cape Cod), czyli mekki emerytów na północnym wschodzie. To drugie miejsce, po Florydzie, w USA gdzie gromadzi się tylu emerytowanych obywateli. Na ten przylądek Bostończycy przyjeżdżają bardzo licznie każdego letniego weekendu. Żeby nie stać w korkach trzeba tam jechać naprawdę wcześnie. Oprócz Mietka i mnie, pojechali jeszcze jego szwagier oraz Jurek, który pracuje z nami na co dzień w biurze. Wyruszyliśmy z Framingham o 4 rano, na miejsce zajechaliśmy o 6:45. Tam czekał na nas Bob, właściciel nowoczesnej motorówki dostosowanej do łowienia. Wypływaliśmy z portu w totalnej mgle, co miało swój niewątpliwy urok. Wszystko wyglądało bardzo mistycznie, dookoła cisza, tylko gdzieniegdzie było widać zadarte kije wędkarskie.

Cisza, mgła, spokój, klasa!
Truro, Cape Cod

Mietek i Jurek
Truro, Cape Cod

Tu jeszcze nie miałem zielonego pojęcia na czym to ma polegać.
Truro, Cape Cod

Po pół godzinie bardzo szybkiej jazdy opłynęliśmy przylądek i zatrzymaliśmy się w miejscu. Otoczeni z każdej strony mgłą, przy dryfującej małej łajbie, Bob rozwinął dwie wędki. Na końcu żyłki zaczepione były kolorowe kity, które skutecznie zakrywały ostry haczyk. Żyłki miały prawie 100 metrów długości, grube i konkretne. Jako pierwszy do boju ruszył Mietek, po dosłownie 5 minutach wyciągnął z wody ponad półmetrową rybę! Byłem w szoku… To było naprawdę proste, choć wymagało sporego wysiłku. Dwie wędki umieszczone na rufie, spoczywały w dulkach. Żyłki rozciągnięte na ogromną długość spoczywały na dnie oceanu. My staliśmy przy wędkach i szarpaliśmy żyłką, podczas kiedy łódka wolno poruszała się do przodu. W ten sposób, umieszczona na końcu kita cały czas podskakiwała i błyszczała, przyciągając uwagę ryb. Kiedy ta złapała haczyk, automatycznie odczuwało się to ręką, chwytało kij i zwijało żyłkę. Właśnie to trzymanie kija i zwijanie wymagało sporego wysiłku, bo ryby ciągnęły żyłkę do siebie, rzucały się, a odległość była naprawdę spora. Po pierwszej rybie myślałem, że mi ręce odpadną! W sumie złapałem ich 5, a wszyscy razem złapaliśmy ich ponad 20. Wyłowiliśmy przedstawicieli dwóch gatunków, Striped Bass i Bluefish – niestety nie znalazłem tłumaczenia na nasz język. Największa sztuka miała 81 cm! Najmniejsza ponad 50cm, także wszystkie byłby całkiem spore.

Pierwsza ryba, Striped Bass. Ta butelka ma 0.5l!
Truro, Cape Cod

Tu targam żyłką i czekam na branie. Rękawice były konieczne, bo żyłka wrzynała się w skórę.. Bez odcisków się nie obyło.
Truro, Cape Cod

Tu łapię pierwszą rybę. W pasie widać pas z plastikową dulką, która ułatwiała trzymanie wędki. W tle głos Jurka. Bob wyjmował zawsze ryby z wody i mierzył ich długość. Jeżeli były za krótkie, wrzucał je z powrotem do wody.

Pojemnik bardzo szybko się zapełniał.
Truro, Cape Cod

Tu możecie zobaczyć jak szybko płynęliśmy. Dwa silniki, każdy po 200KM, robiły swoje.

Po paru godzinach zawinęliśmy do portu. Ponieważ za parkowanie łajby w porcie się płaci dość słono, Bob każdego dnia wyciąga z wody swój sprzęt i parkuje przed domem. Samochód parkuje prawie w wodzie, a łódką wpływa na lawetę, zajmuje mu to zaledwie parę minut.

Ktoś inny wyciąga tu swoją motorówkę, w ten sam sposób czynił to Bob.
Upieczony Striped Bass

A tu już przed jego domem, spoczywa na lawecie.
Truro, Cape Cod

Bob wziął ze sobą wszystkie ryby, wypatroszył, powycinał filety i podzielił całość na 4 części. Wyszło po parę dobrych kilo na osobę – będę miał co jeść przez najbliższych parę tygodni! W czasie kiedy Bob parał się rybimi trzewiami, my jedliśmy lunch w restauracji jego ojca. Wrzuciłem na ruszt tuńczyka z grilla – polecam, coś przepysznego. W ogóle stwierdzam, że ryba najbardziej smakuje mi z grilla.

Wieczorem, kiedy już przyjechałem do domu, dostarczyłem Brazylijczykom wiele radości zawartością przenośnej lodówki. Oni całe życie mieszkali na wyspie i przepadają za owocami morza. A te ryby, które przywiozłem to naprawdę duża klasa – świeżutkie i wysokiej jakości, szczególnie Striped Bass. Fabio upiekł ją, a my zajadaliśmy się sącząc zimne piwo. Te morskie ryby w ogóle nie smakują jak typowe ryby, które ja znałem przeważnie z wigilijnego stołu. Smak Bass’a był dużo lepszy niż jakiś kurczak! Po prostu rozpływał się w ustach…

Tak wyglądał Bass po wyłożeniu z pieca, mniam…
IMG_1238.JPG

Advertisements

One Comment

    • Jarod
    • Posted Wrzesień 2, 2007 at 5:30 pm
    • Permalink

    Przeczytałem, zobaczyłem rybę na zdjęciu, zgłodniałem…idę spać, bo jeszcze wpadnę na pomysł by iść na polawanie do kuchni o tej porze ;-) Trzeba przyznać, że miałeś niezłe branie!


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: