Skip navigation

Zapewne wszyscy widzieliście w amerykańskich filmach szkolne autobusy – żółte, ogrągłe, wielkie. Zwożą dzieciaków do szkół – od podstawowych (elementary), przez gimnazja (middle) do średnich (high). Wszystkie kursują w obrębie swojego okręgu szkolnego (school district). Dlaczego o tym piszę? Te okręgi szkolne, moim zdaniem, kompletnie zaszufladkowały tutejsze społeczeństwo, i co gorsza, z danej szufladki coraz ciężej się wydostać. Już tłumaczę.. W Polsce, a przynajmniej tak było za moich czasów, jedyną szkołą której się nie wybierało była podstawówka, do liceum (a dzisiaj i do gimnazjum) trzeba było się dostać – zdać egzamin, złożyć świadectwo, itd. To powodowało, że wyścig szczurów zaczynał się nieco wcześniej i niektórzy ludzie, którym podwinęła się noga, nie dostali się do dobrej szkoły. Z drugiej strony, wielu ludzi mogło uczyć się już zawodu w młodym wieku i wkrótce iść do pracy. Z mojego doświadczenia tych poszkodowanych wielu nie było, przeważnie ci zdolni dostawali się do dobrych szkół i potem szli na studia.

W Stanach ta sytuacja wygląda nieco inaczej, szkoły się nie wybiera, jest się przydzielanym na podstawie miejsca zamieszkania, ale co ciekawe, ma to miejsce aż do liceum! Równy dostęp do szkół rozpoczyna się dopiero na etapie wyższym, gdzie obowiązuje ścisła selekcja głównie na podstawie testów SAT („esejti”, nie „sat”), odpowiadającym naszej maturze. No i teraz do czego ten system doprowadził.. Ludzie zamożni kupują domy tylko tam, gdzie są dobre szkoły, przez co wartość ziemii jest wprost proporcjonalna do poziomu szkół w przynależnym dystrykcie. Dalej, te szkoły otrzymują więcej pieniędzy i mogą pozwolić sobie na dużo lepszą infrastrukturę i kadrę, a dzięki temu przyciągają do siebie więcej mieszkańców. Ludzie mniej zamożni oczywiście kupują nieruchomości w miejscach, gdzie ziemia jest tańsza, a tam przeważnie jest dużo niższy poziom nauczania. I tak, dobre licea na przedmieściach mają baseny, korty, siłownie, wszelkie możliwe boiska, zespoły sportowe grające w krajowych ligach, wyjazdy za granicę, eksperymenty chemiczne, elektroniczne, przedstawienia teatralne, i przede wszystkim wysoki poziom nauczania. W dobrych liceach można brać kursy na poziomie Advanced Placement (AP), które są uznawane przez wiele szkół wyższych jako kursy na poziomie uniwersyteckim, dzięki czemu można wcześniej i taniej skończyć studia. Drugi biegun nietrudno sobie wyobrazić, szkoły w biednych częściach miasta, z jednym boiskiem do kosza, z większą ilością przemocy, narkotyków, fatalną kadrą. Co prawda, wszystkich uczy się pod zdawanie testów i niestety tutejsza edukacja przeważnie nie uczy myślenia, ale zdawania testów, ale różnice pomiędzy niektórymi szkołami bywają ogromne.

Moim zdaniem, właśnie ten system edukacyjny spolaryzował strukturę dzielnic miast. Prawie wszyscy obcokrajowcy, których tu spotkałem, nie mogli się nadziwić jakie są ogromne różnice pomiędzy dzielnicami Bostonu. W jednej syf, bieda, ledwo stojące domy, same domy wielorodzinne, strach chodzić po ciemku. W drugich szerokie ulice, piękne wille, przepych. Często granicę można wskazać palcem – po jednej stronie ulicy domy stoją o metr od siebie, po drugiej, o 5 metrów. Na pewno zaraz ktoś skomentuje, że u nas też są biedniejsze i bogatsze dzielnice – zgoda, ale to nie to samo, nie na takim poziomie. Dodatkowo, prawda jest taka, że im bogatasza dzielnica, tym mniej imigrantów i tym więcej ludzi białych – tego tutaj oczywiście nikt głośno nie powie, bo zaraz będzie nazwany rasistą.

No i teraz do sedna. Rodzi się człowiek, w szufladce. Jaką ma szansę na wyjście do szufladki wyżej? W każdym kraju jest trudno o taki awans, ale tutaj system edukacyjny po prostu nie ma litości. Ludzie mało zamożni chodzą do słabych szkół, mają dużo częściej i wcześniej do czynienia z przemocą, przeważnie nie idą na studia – bo sobie nie dają rady, bo ich nie stać na taki luksus. Kiedy mówię Amerykanom o mojej „teorii”, najpierw zaczynają bronić tej rzeczywistości, argumentacja jest zawsze taka sama – każde dziecko powinno mieć szansę dostać się do dobrej szkoły, i gdyby egzaminy były już od gimnazjum, to wielu byłoby straconych, bo akurat nie są dobrzy w testach, bo mieli słaby dzień, itd. A tak, mówią, dostają się do szkół, gdzie są lepsi od nich, podciągają się i dają z siebie więcej. Na co ja od razu mówię, że przecież to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ten system właśnie nie daje szans dzieciakom, które urodziły się w kiepskim miejscu. No i wtedy zaczynają kiwać głowami.. Swoją drogą, tu nie ma zawodówek, techników, czy liceum profilowanych – każdy powinien mieć szansę na ogólnokształcenie – czy to ma sens?

Mój znajomy niebawem będzie kupować tutaj dom. Kryterium numer jeden jest oczywiste – najlepszy dystrykt szkolny w okolicy. Skąd wiadomo, gdzie ich szukać? Amerykanie uwielbiają statystykę, rankingi zaczynają się od przedszkoli! Zamieszkają obok ludzi z podobnym dochodem, podobnym ilorazem inteligencji, ich dzieci pójdą do najlepszych szkół, otrzymają szansę na świetne wykształcenie, dostaną się na najlepsze szkoły w Stanach, pójdą do pracy i będą dobrze zarabiać, aż w końcu sami kupią dom na podobnym osiedlu z myślą o swoich dzieciach. I tak w kółko, w szufladce.

Reklamy

5 Comments

    • veroonika
    • Posted Maj 28, 2008 at 3:57 pm
    • Permalink

    Z jednej strony w świecie istnieje przekonanie, że Ameryka to kraj nieskończonych możliwości. Ale tam gdzie dzielnice są dzielone na równych i równiejszych jaka jest mozliwośc by się potem wybić?! Jedyne wyjście tak jak piszesz, najlepiej od razu kupowac chate w dzielnicy gdzie są lepsze szkoły. Ale co z tymi, których na to nie stać?! I tu kółko się zamyka.

    • Jakub
    • Posted Maj 28, 2008 at 11:01 pm
    • Permalink

    Niektórym się to udaje, i na przykład bardzo często się podkreśla w mediach, że Obama urodził się w rodzinie o małym dochodzie, co tym bardziej podkreśla jak rzadko ma to miejsce. Myślę, że nadal jest tu możliwy sukces na miarę Rockefellera, ale do tego trzeba być jednostką w jakiś sposób bardzo wyjątkową.

    • adam.t
    • Posted Czerwiec 2, 2008 at 12:54 pm
    • Permalink

    wbrew pozorom, u nas w niektorych regionach/miastach/osiedlach (na przyklad na Slasku) tez juz powstaja swoiste getta, w ktorych socjolodzy zauwazaja zjawisko tzw. ‚dziedzicznego bezrobocia’ – dzieci nie ida do pracy (a nawet jej nie szukaja!), bo rodzice pracy nie mieli i… tez jakos bylo… :-( na takie osiedla nawet policja w nocy sie nie zapuszcza…
    jak myslicie, do czego to prowadzi?…

    • Jakub
    • Posted Czerwiec 4, 2008 at 12:51 pm
    • Permalink

    W Stanach ten problem znany jest od lat. Na zasilku zyje trzecie pokolenie i ma coraz wieksze przekonanie, ze „im sie nalezy”, za „panstwo powinno”.. Tak to wlasnie tutejsi „liberalowie”, czyli socjaldemokraci rozdali kielbase, a panstwo placi. Pare lat temu jak szukalem tutaj pracy, jedna murzynka wmawiala mi, ze nie warto isc do pracy, wiecej dostane z zasilku i bede mial jeszcze czas wolny. Ot Ameryka! ;-)

    • suzumie
    • Posted Lipiec 15, 2008 at 6:54 am
    • Permalink

    Witam szanownego autora. Potrzebowałabym właśnie choć krótki podział Bostonu na te biedne i bogate dzielnice. Jest mi to naprawdę strasznie potrzebne – jestem w trakcie pisania książki, której akcja dzieje się w Bostonie, jest tam element właśnie kontrastu między ludźmi mieszkającymi w tak różniących się częściach jednego miasta i nie chciałabym przez przypadek umieścić rodziny robotniczej w najbogatszej dzielnicy i odwrotnie :) Gdybyś znalazł choć chwilę na wypisanie choćby przybliżonej listy tych ‚lepszych’ i ‚gorszych’ części miasta, to bardzo byś mi pomógł. Z góry dzięki, mój mail to suzumie@interia.pl


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: