Skip navigation

Category Archives: NEU

Wczoraj po zajęciach z „Hardware-Software Co-Design” zagadał mnie profesor (Irańczyk), pytał czym się zajmuję i czy nie chciałbym z nim pracować. Po tym jak mu powiedziałem, że mam małe zaplecze w pracy nad sprzętem, namawiał mnie, abym wziął jego kursy latem, które wykłada na uniwersytecie Tufts (czołówka w Stanach). To już trzeci raz kiedy profesor, z którym mam zajęcia oferuje mi współpracę, i trzeci raz kiedy jej odmówię bo skupiam się na innych sprawach. Zacząłem się jednak poważnie zastanawiać, bo naprawdę nieźle sobie radzę w hardware, nad zmianą ukierunkowania.. Szczerze mówiąc, gdybym mógł zatrzymać licznik i postudiować parę lat bez ubytku na wieku, to bym się może zdecydował :) W obecnej chwili wolę chyba jednak skupić się na napisaniu doktoratu i dokończeniu tego tematu.

Niedawno zdałem sobie sprawę z tego, że nie pisałem o tym, kiedy przylecę do Polski następnym razem. Przylatuję na jedynie dwa tygodnie, na więcej nie dostałem urlopu, od 15 do 29 czerwca. Niestety już wiem, że nie spotkam się z wszystkimi ludźmi, z którymi bym sobie tego życzył.. Trzeba będzie zorganizować jakieś grupowe spotkania :)

Zdrowych, wesołych, smacznego jajka, dużo radości, kleju i dobrego nastroju!

W tym semestrze biorę ostatnie dwa kursy jako student. Później pozostanie już tylko praca naukowa i napisanie doktoratu, choć ta perspektywa jak na razie wygląda bardzo mgliście.. Zapisałem się na:

  • „Hardware-Software System Design” – został mi wyznaczony rok temu podczas egzaminu kwalifikacyjnego, ponieważ uznano iż mam za mało inżynierskie wykształcenie. O czym traktuje kurs? Dla ludzi po fachu powiem krótko – projektowanie hardware za pomocą software (np. modelowanie cache’u w SystemC). W pierwszym tygodniu opanowałem materiał który obejmował cały TUL.. Dla pozostałych – kurs, który pozwoli mi np. zaprojektować elektronikę do zabawki dla dziecka.
  • „Artificial Intelligence” – ten kurs bardzo mi się przyda do doktoratu. We Wrocławiu nie zajmowałem się sztuczną inteligencją i teraz muszę nadrobić braki. Z resztą, miałem już ku temu okazję – prowadzący (rodem z MIT) na trzecim wykładzie zrobił test, który obejmował podstawowe zagadnienia z całej książki (ok 1000 stron) – 5 dni z kalendarza…

Jest co robić bo z obu kursów mam małe zaplecze, ale pocieszam się, że semestr kończy się za trzy miesiące. Przy napiętym grafiku czas upływa bardzo szybko!W Bostonie od 1.5 tygodnia straszne mrozy, w piątek mieliśmy odczuwalne 30 stopni poniżej zera. Jezioro za oknem zupełnie zamarzło, czekamy na pierwszych śmiałków!

W tym semestrze biorę tylko jeden kurs – Human-Computer Interaction (HCI). Ludzie z dziedziny wiedzą, iż ten kurs nie należy do najtrudniejszych, bo nie wymaga ścisłych umiejętności, wręcz przeciwnie. HCI to dziedzina zajmująca się projektowaniem interfejsów do przeróżnych urządzeń. To niekoniecznie musi być komputer, ale np. również telefony komórkowe, lodówki (te z guzikami na frontowym panelu), zabawki, etc. Generalnie, gdziekolwiek jest elektronika, trzeba ją jakoś udostępnić użytkownikom, najlepiej w taki sposob, aby mogli w szybkim czasie poprawnie obsługiwać dane urządzenie. W tym kursie programowanie jest sprawą drugorzędną, może nawet trzeciorzędna. HCI obejmuje wiele dyscyplin, min. psychologię, kognitywistkę, socjologię, etnografię, itp.W ramach kursu, oprócz tygodniowych zadań, setek stron do czytania, implementujemy mały projekt w zespołach. Wszystkie projekty składają się na jeden system – kiosk informacyjny przeznaczony dla kliniki geriatrycznej. W przyszłości, w klinice znajdującej się w Boston Medical Center, ma stanąć taki „bankomat”, ktory ma edukować pacjentów: jak zapobiegać upadkom, jak minimalizować skutki cukrzycy, czego spodziewać się podczas badania, jakie pytania zadać lekarzowi, itd. Zdaniem wielu lekarzy, profilaktyczne edukowanie pacjentow to przyszłość w medycynie. Szacuje się, iż w 2011 roku w samych Stanach będzie ponad 70 mln ludzi powyżej 65 roku życia. Prawie każda osoba w tym wieku ma przynajmniej jedną chorobę przewlekłą i wymaga opieki zdrowotnej. Dzięki zastosowaniu komputerów można docierac do ludzi bezpośrednio, oferować interaktywną zawartość i przede wszystkim zapobiegać niepotrzebnym wizytom u lekarza.

Parę tygodni temu musieliśmy udać się do kliniki geriatrycznej i przeprowadzić badania etnograficzne.. Siedziałem obok pacjentów w poczekalni i notowałem ich zachowania. Z dwoma z nich przeprowadziłem wywiad, ale mizernie to wypadło.. Ludzie w wieku 80+ są z reguły bardzo ostrożni w słowach i bojaźliwi. Kiedy pytałem się, czy zmieniliby coś w poczekalni, zarzekali się, że wszystko jest super i nic więcej im nie potrzeba. Średni okres oczekiwania od rejestracji do właściwej wizyty to 40 minut! Przez ten czas pacjenci siedzą i gapią się tępo przed siebie. W tym właśnie czasie mogliby korzystać z tego kiosku, ale mam wrażenie, że jak ich ktoś do tego nie namówi, to będą po prostu dalej siedzieć i patrzeć przed siebie..

Projektowanie interfejsu dla osób w podeszłym wieku wymaga wielu ograniczeń. Nie można polegać na kolorach, powinno się używać wielu redundantnych kanałów przekazu – wizualnych i dźwiękowych, nie powinno się stosować awangardowych metafor, raczej poleca się symulowanie rzeczywistości. Ikony też nie są zalecane. Generalnie, im prostszy interfejs tym lepiej.

Będziemy pracować nad tym interfejsem cały semestr, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem prowadzącego, będzie to faktycznie wdrożone, choć ja jestem wobec całego projektu bardzo sceptyczny. Wyobrażacie sobie pokolenie Waszych dziadków i babci klikających w ekran dotykowy i faktycznie pracujących z komputerem? No chyba, że ktoś ich do tego zachęci i pokaże jak tego używać.

Muszę przyznać, że tak długiej sesji nie miałem w życiu. Pozostały jeszcze trzy tygodnie zajęć, potem egzaminy i koniec semestru. Od czasu napisania egzaminu zauważyłem spadek mocy i coraz częstszy brak motywacji do pracy. Wyczerpałem chyba jakiś limit pozytywnego drenażu mózgu. Coraz częściej udaję, że pracuję i bezproduktywnie spędzam godziny przed komputerem. Potrzebuję przynajmniej weekendu wolnego, a może po prostu zmiany otoczenia i odroczenia klawiszowego tańca. Na szczęście będę miał wakacje w Polsce, ta myśl stawia mnie na nogi :)Dowiedziałem się, że muszę wziąć jeszcze dwa kursy na studiach, niekoniecznie w jednym semestrze, ale koniecznie nie w moim kierunku. Nie do końca wiem, gdzie kończy się mój kierunek, a gdzie zaczyna się inny, ale tym już będzie się martwił mój promotor. W przyszłym roku większość czasu będę poświęcał pracy nad projektem i doktoratem. Mam nadzieję, że będę mógł sobie inaczej ułożyć plan tygodnia, i świadomie wygospodarować dzień wolny. Czasami chciałbym, abym pracował dziennie 8h, od A do B i koniec. Przyjść do domu, rzucić laptopa w kąt, zapomnieć o tym wszystkim. Z drugiej strony, możliwość pobudki o 11-12 jest czasami bardzo komfortowa… I tak wolałbym renomowany czas pracy, przynajmniej na teraz.

Kupiłem odtwarzacz DVD i wszelkich komputerowych formatów, w tym DivX. Mogę nareszcie oglądać swoje filmy bez udziału komputera, siedząc na kanapie przed szklanym pudłem. Żebym tylko miał na to czas… Ostatnio obiaduję przy Friends’ach, no właśnie, ten brak motywacji. Jeszcze miesiąc temu czytałem publikacje stukając widelcem w talerz :)

W poniedziałek oddałem część pisemną egzaminu, jestem raczej zadowolony, mam nadzieję, że podobne uczucia będą mieli prowadzący. 10 dni nieustannej pracy było mocną dawką, nie polecam nikomu takich przyjemności. Teraz czekam na datę części ustnej, obrony moich odpowiedzi. Jedno rozwiązanie będę bronił przed moim promotorem, polskim profesorem. Dziwacznie rozmawia się z kimś w obcym języku, kiedy na codzień rozmawia się w ojczystym. Nie lubię tych sytuacji, bo przeważnie czuję się niezręcznie.Jeżeli zdam ten egzamin, w przyszłym roku chyba nie będę musiał już brać takich intensywnych, jak teraz, kursów. To by oznaczało, że mam w końcu czas na pracę nad projektem i doktoratem. Jest duże prawdopodobieństwo, że przeniosę się do małej miejscowości pod Bostonem, gdzie znajduje się firma dla której pracuję. To jednak nie nastąpi prędzej niż w wakacje. Na tapecie projekt: samochód. Mam nadzieję, że znajdę coś po rozsądnej cenie. Ten rok może się zatem okazać jedynym w swoim rodzaju – i raczej bym się z tego faktu cieszył, bo mam dość nieustannej wegetacji przed ciekłokrystalicznym lustrem.

Egzamin trwa. Jedno z dwóch zadań, które wybrałem mam za sobą (wzorce projektowe, UML, Java). Drugie, porównanie procesorów wielordzeniowych z systemami wieloprocesorowymi (CMP vs SMP) podejmuję od paru dni. To jest ogromna dziedzina, nie wiem czy zdążę wszystko objąć i napisać, trzeba będzie bronić na ustnym. Zostały 4 dni, powiem krótko, mam dość.Co jakiś czas, dla rozrywki, czytam wiadomości z ojczyzny. Co prawda, czasami ta rozrywka jest nieco wątpliwa, ale nie zawsze. Dzisiaj na przykład jakże dobre wiadomości! Pakt stabilizacyjny się ustabilizował, sytuacja w kraju jest znowu stabilna. Ufff…. Dobrze, że nasi politycy potrafią ze sobą rozmawiać! Niektórzy są wręcz mistrzami w debatach: rozmówców wysyłają do psychiatrów, nazywają od chuliganów politycznych, destrutktorów. Przecież to oczywiste, że jeżeli ktoś się nie zgadza z rządem, to nie chce naprawy państwa, to ma coś do ukrycia, to się czegoś musi bać. No bo jakże inaczej? I do tego te cholerne media…. w wielkim spisku przeciw sprawiedliwości i zadośćuczynieniu mają czelność się odzywać. Dobrze, że przynajmniej jedne media w kraju są wolne! A tak w ogóle, co te media chcą od wielkich, prawych i sprawiedliwych mężów stanu? Przecież tak ładnie się uśmiechają i umieją prowadzić rzeczową debatę polityczną…Oby tylko pakt stabilizycyjny był stabilny, bo inaczej będzie katastrofa! Ale zaraz, chwileczkę, czy nowy rząd już cokolwiek zreformował? Czy od czasu objęcia władzy, oprócz straszenia nowymi wyborami, stabilizowaniem paktu stabilizacyjnego, wiecznym machaniem szabelką „My im wszystkim w końcu pokażemy!!”, udało im się cokolwiek osiągnąć? Ehh, lepiej nie będę nic pisał, bo będę musiał iść do psychiatry, a koledzy się dowiedzą, że na pewno jestem z SLD, boję się lustracji i tęsknię za Olkiem. No bo jakże inaczej?

Przez ostatnie parę tygodni miałem niezły nakład pracy. Teraz będzie jeszcze ciekawiej – w piątek o 10 rano rozpoczyna się egzamin. To będzie małe wyzwanie, 10 dni bez chwili spokoju – takie maratony wysysają z człowieka motywację. Wszyscy mamy chyba jakieś granice wytrzymałości. Ostatnio staram się jednak w ogóle nie stresować i uderzam na salę, lub na basen. Do tego jednak też potrzeba motywacji! Wieczne pojedynki z własną świadomością..Za trzy tygodnie wiosna, a bostońska zima ostatnio pogrąża się w mroźnej ofensywie. Wyciskamy z pieca ostatnie poty, ale dom jest chyba za hojny i dzieli się ciepłem z otoczeniem. W moim pokoju temperatura utrzymuje się w granicach 14-15 stopni Celsjusza. Mam na to jednak radę – podpinam do listwy mały grzejnik i rasuję termometr o 5-6 stopni w górę. Strach się bać jaki dostaniemy rachunek za lutowe ogrzewanie, tej zimy gaz podrożał o, bagatela, 70%! Miesięcznie płacimy ok $600, przy tym ta zima była wyjątkowo łagodna do tej pory…

Nie mogę się doczekać zmiany otoczenia. Trwający już ponad dwa miesiące dzień świstaka jest coraz bardziej nie do zniesienia. Mam ochotę wyrwać się z tego miejsca, gdziekolwiek.. Ale o czym ja mówię, za dwa tygodnie przeprowadzka! Świstak znajdzie nową rutynę :)

Studia doktoranckie, przynajmniej na NEU, są prawie jak niewolnictwo. Nie ma dnia bez pracy, nie ma dnia bez jakiegoś zadania do wykonania, nie ma weekendu, nie ma wolnego popołudnia. Nie ma dni tygodnia, jest tylko kolejny dzień i kolejne zadanie. Mam nadzieję, że tylko ten rok taki będzie. Taki nakład pracy wynika przede wszystkim z kursów, które biorę. Zanim skończę jedno zadanie, na talerzu leżą już kolejne dwa. Jedno jednak jest pewne, w ciągu sześciu miesięcy nauczyłem się naprawdę sporo. I ta wiedza nie opiera się na „3 razy Z” ministra Handke. Jeżeli uda mi się zdać egzamin, to mam nadzieję, że nie będę już musiał brać kursów w przyszłym semestrze. Pozostanie praca naukowa, która też jest absorbująca, ale przynajmniej nie opiera się na tygodniowych zadaniach. Najbliższy wolny dzień będę miał na początku maja, jak skończy się semestr. Planuję przylecieć do Polski pod koniec pierwszego tygodnia i zostać do końca miesiąca. Przede mną jednak parę przeszkód. Najbliższa już za 8 dni, egzamin kwalifikacyjny na PhD. Od 3 do 13 marca będę wegetował, prawdopodobnie w bibliotece na uczelni, rozwiązując dwa zadania. Później obrona rozwiązań przed komitetem, to jest podobno najważniejsza część egzaminu. Będę naprawdę szczęśliwy jak uda mi się to zdać.Na koniec mała anegdota. Parę tygodni temu właściciele domu założyli nam dzwonek do drzwi, stary od ponad roku nie działał. Poszli chyba na łatwiznę i zainstalowali bezprzewodowy, dzięki czemu instalacja nie trwała dłużej niż parę minut. Nowy dzwonek działał bez zarzutu, czasami jednak dzwonił sam od siebie. Na początku byliśmy pewni, że ktoś robi sobie żarty i chowa się zaraz po wduszeniu przycisku. Po paru takich incydentach, ten wariant okazał się jednak mało prawdopodobny. Max, który najczęściej urzęduje na dole i przeważnie otwiera drzwi, zauważył pewną regularność. Przy każdym dzwonku-widmo, ktoś stoi przed drzwiami sąsiada naprzeciwko i wygląda jakby właśnie dzwonił do drzwi… Okazało się, że dzwonki działają na tych samych częstotliwościach! Pomyśleliśmy, skoro oni mogą dzwonić do nas, to dlaczego my nie możemy dzwonić do nich. Jak na razie jednak myślimy, że komunikacja w tą stronę nie działa – nikt nie otwiera drzwi naprzeciwko. Tak czy inaczej, od tego czasu, za każdym razem jak jest dzwonek do drzwi sprawdzamy najpierw sąsiada, paranoja…

Oba kursy, które biorę w tym semestrze są nagrywane i transmitowane poprzez Internet do zdalnych studentów. Taki sposób nauki najczęściej wybierają osoby, które pracują i w ten sposób mogą oglądać wykłady o dowolnej porze. Transmitowane jest praktycznie wszystko – nie tylko slajdy i rozmawiający profesor. W salach zamontowane są specjalne tablice, które są połączone z komputerem i jak prowadzący po niej pisze, na ekranie obok pojawia się to samo. Jeżeli używa książki, to na rzutniku elekronicznym. Słowem, cały wykład w oryginalnej treści wypływa z sali..Na wykładach przeważnie siedzi 12-15 osób, kontakt jest bardzo bezpośredni. Wykład to praktycznie dialog z prowadzącym, który dobrze zna wszystkich studentów. Bardzo często na zajęciach robimy burzę mózgów – świetna forma nauki. Poza tym, prowadzący cały czas się upewniają, że wszyscy rozumieją to, o czym się mówi.

Wczoraj student, który zajmuje się sprzętem do nagrywania (forma zarobku), miał kłopoty z obsługą, w wyniku czego wykład miał 10 minutowy poślizg. Wykładowca postanowił zatem zapytać każdego skąd pochodzi. Oto skład, który udało mi się zapamiętać: dziewczyny z Iranu, Libanu i Rumunii, chłopacy z Maroka, Hong-Kongu, dwóch Amerykanów i ja. Prowadzący, syn imigrantów z Egiptu. I mniej więcej podobnie prezentuje się drugi wykład. Tam jeszcze jest paru Greków, Turków i Kenijczyk. Czyli, każdy wykład to prawie jak posiedzenie ONZ!

Semestr się rozpoczął dwa i pół tygodnie temu, ja się czuję mniej więcej jakbym od dwóch tygodni miał sesję…I tak do końca semestru. Dwa kursy zabierają mi ogromną ilość czasu, codziennie dzień świstaka:

  • pobudka 8:00
  • email, wiadomości, ed2k
  • prysznic, email, nauka
  • śniadanie 12-1
  • email, nauka
  • ping na uczelnię (metro -> książka, 17 minut)
  • nauka
  • pong z uczelni (metro -> książka, 17 minut)
  • email, wiadomości, ed2k
  • obiad ok 5-6
  • email, nauka
  • nauka
  • email, wiadomości, ed2k
  • dobranoc 1-2

Czasami pojawiają się wariacje – jakieś zakupy, jakiś nietuzinkowy ping-pong do miasta. Generalnie, świstak dalej zawija w swoje sreberka, i tak mija kolejny dzień, jeden podobny do drugiego. Ale nie narzekam, przynajmniej uczę się ciekawych rzeczy i zarabiam sensowne pieniądze.