Skip navigation

Category Archives: Social

Ten post piszę głównie z myślą dla tych osób, które korzystają z RSS, aby sprawdzić czy jest coś nowego na blogu. Od minionego weekendu mój blog znajduje się w nowym miejscu – epizod.moskale.org i mam nadzieję, że tam już zostanie na możliwie długi czas. Ten blog pewnie za parę tygodni kompletnie usunę.. Zapraszam zatem na moją domenę! ;-)

Reklamy

Już tydzień minął od naszego krótkiego pobytu w Polsce, choć w pewnym sensie czuję się jakby wyjazd wciąż trwał (o tym w następnym poście). Jak zwykle grafik był napięty, choć tym razem oprócz świąteczno-noworocznych spotkań doszły sprawy organizacyjne dotyczące naszego wesela. Przygotowaliśmy się przede wszystkim na batalię z Kościołem, ponieważ Elena jest baptystą, a nie katolikiem. W Polsce większość ludzi początkowo kojarzy kościół baptystyczny z jakąś sektą, a to przecież jedynie kościół protestancki. Tak czy inaczej, po dwóch wizytach w parafii okazało się, że nie będzie większego problemu ze ślubem kościelnym. Dopięliśmy zatem sprawy imprezy, zespołu, fotografa, video, zaproszeń, itd, itd.. W drugim tygodniu, kiedy myśleliśmy, że temat wesela powoli się zamyka, udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego, aby upewnić się, że nie będzie problemu w sprawach formalnych. No i tu spotkało nas wielkie zaskoczenie..

Polski USC wymaga od Eleny przedstawienia dokumentu, którego Elena nie może dostać, ponieważ Stany Zjednoczone takiego nie wydają, a co najbardziej paradoksalne, USC o tym dobrze wie! Ale o wszystkim po kolei.. Aby wziąć ślub cywilny (lub konkordatowy) w Polsce, wymagane są dwa dokumenty – akt urodzenia oraz pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego. W moim przypadku nie ma z tym żadnego problemu, ponieważ USC sprawdza w rejestrze czy byłem już kiedyś żonaty, wyciąga akt urodzenia i po skasowaniu 60zł wydaje oba dokumenty, z czego ten drugi jest ważny przez 60 dni. W przypadku Eleny akt urodzenia nie jest problemem, ale pozwolenie na zawarcie związku jest już dużą przeszkodą. W Stanach nie ma USC, związki małżeńskie zawiera się po okazaniu aktu urodzenia oraz złożeniu przysięgi, że jest się stanu wolnego – żaden urząd nie posiada krajowego rejestru małżeństw. Urzędy miast wydają pozwolenia na zawarcie związku małżeńskiego, które jest ważne tylko w danym stanie, np. California nie uznaje pozwolenia z Nevady, trzeba je wyrobić w Californii. Jakie to ma znaczenie? Takie, że Elena nie może przedstawić pozwolenia o skali federalnej – chyba, że załatwiłaby 50 takich dokumentów, po jednym z każdego stanu… Polski USC dobrze o tym wie, nawet opublikował książeczkę dla urzędników, w której wyliczone są państwa, które nie wydają odpowiedniego pozwolenia. Jaka jest zatem procedura? Należy udać się do sądu rodzinnego, założyć sprawę i prosić sąd o zniesienie takiego wymogu…

Zadzwoniłem do sądu rodzinnego w Lesznie.. nie ma sędziów, najwcześniej można rozpocząć proces za dwa tygodnie, potem w sądzie muszą pojawić się strony, sąd rodzinny rozpatrzy sprawę i jak wyda werdykt, trzeba czekać 3 tygodnie na jego uprawomocnienie. Elena oczywiście nie może być w tym czasie w Lesznie – musi mieć pełnomocnictwo. Według polskiego prawa pełnomocnikiem może być najbliższa rodzina, lub prawnik – czyli w jej przypadku byłby to prawnik. Aby sąd rodzinny pozytywnie rozpatrzył nasz wniosek, musielibyśmy załatwić prawo do zawarcia związku w Stanach i razem z aktem urodzenia przetłumaczyć u tłumacza przysięgłego. Następnie sąd rodzinny skontaktowałby się z ambasadą USA i dowiedział jakie prawo obowiązuje w stanie, w którym wydane zostało pozwolenie. Znajomy prawnik miał podobną sprawę z obywatelem Ukrainy – sądowi zajęło to 2 miesiące! Oczywiście za wszystkie usługi – adwokackie, sądowe, tłumaczenia trzeba płacić. Co najgorsza, nie ma tak naprawdę gwarancji, że sąd pozytywnie rozpatrzy sprawę.

Jakby udało nam się załatwić zwolnienie z sądu, Elena i ja oraz tłumacz przysięgły musielibyśmy stawić się w USC i podpisać kolejny dokument. I dopiero wtedy można byłoby zawrzeć związek małżeński w Polsce. Mamy za wiele do zaryzykowania w tym wypadku, bo jeżeli nie zostanie to załatwione na czas, nasz ślub nie mógłby się odbyć, bo Kościół nie odprawi już jedynie ślubu kościelnego – może być albo konkordatowy, albo kościelny po cywilnym. W takim układzie doszliśmy do wniosku, że trzeba wziąć cywilny ślub w Stanach i w Polsce tylko kościelny.

W urzędzie miasta Niskayuna w stanie Nowy Jork, z którego pochodzi Elena, 25 minut zajęło nam wydrukowanie odpisu aktu urodzenia Eleny, wystawienie pozwolenia na zawarcie związku małżeńskiego oraz ustanowienie daty ślubu cywilnego (17 stycznia). Urzędniczka jedynie poprosiła mnie o amerykańskie prawo jazdy oraz akt urodzenia i jego tłumaczenie – myślę, że nie musiało być nawet od przysięgłego. Oba dokumenty zabrałem ze sobą, żaden z nich nie musiał pozostać w urzędzie. W stanie Nowy Jork od wystawienia pozwolenia trzeba odczekać 24 godziny na zawarcie związku, w New Jersey tydzień, a w Nevadzie wcale – dzięki temu np. w Las Vegas można się ożenić ekspresowo, przejeżdżając przez Drive-Thru Chapel..

Ta biurokratyczna beznadzieja pokazuje, że każdy system ma swoje bolączki. A przy okazji tutaj dobrze widać na jakiej zasadzie funkcjonują poszczególne stany w USA – to są naprawdę autonomiczne jednostki, w wielu sprawach. Dzięki temu, że tak funkcjonuje tutaj prawo w zakresie małżeństwa, teoretycznie można byłoby mieć 50 żon – za to oczywiście grozi więzienie, ale nie jest oczywiste, kiedy ktoś się o tym dowie. Ciekawe sytuacje mają również miejsce, kiedy pewne rzeczy są legalne w jednym stanie, a w drugim już nie. Na przykład w Massachusetts homoseksualiści mogą zawrzeć związek małżeński, a w Ohio już nie. Ponieważ jednak każde małżeństwo jest uznawane przez wszystkie stany, Bolek i Lolek z Bostonu są traktowani jako małżeństwo również w Ohio.. Swoją drogą, takiej autonomii na pewno nie będą miały państwa członkowskie UE po ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Im dłużej mieszkam w Stanach tym bardziej doceniam podział prawa na stanowe i federalne, mimo iż czasami wydaje się ono bardzo śmieszne :-)

W końcu zebrałem się w sobie i wrzuciłem parę fotek i tekstu do bloga, teraz powinno to już jakoś się potoczyć. Muszę przyznać, że mimo wszystko blog spełniał swoje zadanie i większość ludzi, z którymi później rozmawiałem telefonicznie wiedziała o zmianach w moim życiu. Od czasu jak na blogu zapanowała nikczemna cisza, mam wrażenie, że rodzina i znajomi nie mają pojęcia o tym co się dzieje w moim życiu.

WordPress wprowadził parę nowości do swojego silnika blogów. Zobaczmy jak to działa!

Jak już wcześniej, co prawda telegraficznie, wspominałem, Neon odmówił nam usług. Po włożeniu w niego kolejnych pieniędzy, automatyczna skrzynia przestała.. zmieniać biegi – na pierwszym biegu daleko nie zajechałem.. Tym razem nawet do mechanika się nie pofatygowałem, bo w tym momencie było już jasne, że nie ma sensu respirować Neona. Przez dwa dni miałem fatalny nastrój, nie spodziewałem się, że te sprawy mogą tak mnie zdołować. Coż, długo mnie troski nie nękały, bo postanowiliśmy kupić zupełnie nowy samochód. Po wielu miesiącach zmagań z mechanikami i stresem przy każdym większym wyjeździe, byłem naprawdę zdeterminowany, aby kupić nowe auto. Zdecydowaliśmy się na Corollę 2009, kredyt na pięć lat – tym samym nasze narzeczeństwo nabrało jeszcze innego znaczenia :-) Prawie 4 i pół godziny spędziliśmy u dealera, byliśmy wykończeni po negocjacjach, ale było warto. Dealer wziął Neona za $900, a z ceną Corolli zszedł o 3 tysiące, dodatkowo otrzymaliśmy elektryczne szyby, zamek, klucz bezprzewodowy i zmieniarkę na 6 płyt, czego wcześniej nie chcieliśmy aby płacić mniej. Aby się upewnić, że mamy dobrą cenę, poszliśmy (dosłownie) do innego dealera Toyoty w okolicy, który nam powiedział, że jak mamy tak niską cenę, to mamy jechać i kupować go od razu, bo to jest cena po kosztach. I tak, od 25 czerwca przemieszczamy się w zupełnie innym wymiarze.. Teraz tylko trzeba zimę przejechać i jakoś mnie nie cieszy codzienne odśnieżanie samochodu i jeżdżenie na słonych drogach. Trudno, co robić.

Tak było 7 czerwca tego roku, na szczycie góry Chocoura w stanie New Hampshire, w Białych Górach. Nie chce się wierzyć jak wiele dni już minęło od tego czasu. Tego dnia było bardzo duszno, na szczycie żerowały jakieś czarne muchy, które nam skutecznie przeszkadzały. Wyjątkowo długo wspinaliśmy się na szczyt, ale to nie było istotne, droga powrotna była początkiem zupełnie nowego etapu w naszym życiu.. Jedna z osób na szczycie zauważyła jak klękałem i szybko zapytała się, czy właśnie się zaręczyliśmy. Po usłyszeniu pozytywnej odpowiedzi, krzyknął do grona ludzi dookoła „oni się właśnie zaręczyli!” – i tak otrzymaliśmy grom oklasków i życzeń, w sumie bardzo miłe to było :) Elena była zaskoczona, ale bardzo wzruszona i szczęśliwa. Data, którą wybrałem jest wyjątkowa, bo czytając po angielsku wychodzi na June 7, 2008, czyli 06-07-08. Elena uwielbia tego typu „zbiegi okoliczności”, a mi będzie w przyszłości łatwiej pamiętać tę datę :)

Tymczasem teraz planujemy szczegóły wesela, które odbędzie się 20 czerwca przyszłego roku – w Polsce!

Ach te lato.. Od ostatniego wpisu tak wiele się wydarzyło, że trudno będzie to wszystko ująć słowami, nawet nie wiem gdzie zacząć. 7 czerwca zaręczyliśmy się z Eleną i właśnie jesteśmy na etapie strategicznym odnośnie dalszych planów z dziedziny ornitologicznej. Jest wiele rzeczy do ustalenia, gdzie, kiedy, jak.. Dwa tygodnie po tym radosnym wydarzeniu, Neon znowu odmówił posłuszeństwa i tym razem postanowiliśmy zrezygnować kompletnie z jego usług. Wzięliśmy kredyt i kupiliśmy nowe auto, przepiękną, czarną Corollę. Tydzień po tym wydarzeniu mieliśmy w mieszkaniu gości – kuzyna Jacka i Roberta, a 24 lipca wyruszliśmy na wspaniałą podróż na zachodnie wybrzeże USA. W ciągu 3 tygodni przejechaliśmy ponad 11 tysięcy kilometrów, odwiedziliśmy 9 parków narodowych, przeszliśmy kilkadziesiąt kilometrów na szlakach turystycznych, zobaczyliśmy Seatlle, Vancouver, San Francisco, Salt Lake City i Las Vegas, a wszystko 4 aparaty cyfrowe zarejestrowały w zaledwie 20GB zdjęć. Jak widać, jest o czym pisać.. Pytanie, czy po tak długiej przerwie, są tu jeszcze chętni czytać.. Czekam na odzew, choćby anonimowy! Niebawem postaram się umieścić parę kluczowych fotek – parę z nich spoczywa już w ramionach Facebook’a i Naszej-Klasy.

W niedzielę pojechaliśmy z Eleną do Springfield, MA na nietypową imprezę. Znajomy z pracy zorganizował u siebie przyjęcie golfowe :-) Ponieważ jest pasjonatą tego sportu, od dłuższego czasu namawiał nas, abyśmy przyjechali spróbować paru uderzeń na tyłach jego domu. Muszę przyznać, że to bardzo fajna gra, wymagająca jednak dużo cierpliwości (i piłek) oraz zdolności manualnych. Nabrałem szacunku dla tygrysa z lasu. Mieliśmy okazję wypróbować parę różnych kijów, każdy przystosowany jest do innego uderzenia, ale różnią sie przede wszystkim tym, ile siły trzeba użyć oraz jak leci piłka – płasko, czy lobem. Jednym kijem nie trzeba było nawet uderzać, wystarczyło opuścić siłą ciężkości, a piłeczka leciała piękną parabolą. Nie jest to sport, w którym człowiek się wyjątkowo męczy, chyba że bieganiem za piłeczkami :-) Jest to jednak dość droga przyjemność, głównie dlatego, że grać można przeważnie tylko jeśli jest się członkiem klubu, a członkostwo kosztuje słono. Co ciekawe, golfiarze mają pewien ściśle określony styl ubioru, i np. pokazanie się na polu w dżinsach, lub miniówie to poważne (w tym gronie) faux pas. Po paru wskazówkach, moje uderzenia nabrały wdzięku, ale nigdy nie miałem kontroli nad tym jak daleko i w którym kierunku poleci piłka.. Co prawda żywiec nie pomagał w uczeniu, choć przynajmniej nie było nudno. Ktoś powiedział, że dopiero po pierwszych 3 milionach piłek można mówić, że się gra w golfa, także zostało mi tylko ok. 2,999,900 uderzeń…

Elena na naszej golfowej platformie..

PS. Neon już na czterech kółkach, przeżywa drugą młodość, tymczasem portfel pisze podanie o kroplówkę :/

Krótka przerwa na blogu wynikała z mojego kiepskiego nastroju.. a ten się popsuł, bo Neon sprawił mi wiele kłopotu, stresu i otworzył ramiona na kolejne dolary. W czwartek, jechałem na autostradzie i jak zwolniłem, aby przejechać przez bramki, zauważyłem przy rozpędzaniu, że automatyczna skrzynia biegów ma problemy ze zmianą biegów, Neon nie mógł prawie ruszyć, choć jak już jechał bez zmiany biegu, było ok. Pojechałem do sklepu z częściami i powiedzieli mi, że pewnie brakuje płynu do automatu, więc go dolałem, bo faktycznie brakowało. Myślałem, że temat będzie na jakiś czas zamknięty (choć ostrzegli mnie, że jak się skrzynia raz skonciła, to już lepiej nie będzie..), ale oczywiście się myliłem, to był zły dzień. Po przejechaniu paru minut wyskoczyła kontrolka z ikoną silnika, Neon zaczął piszczeć, wróciłem do sklepu. Podłączyli do komputera, problemy ze skrzynią i nic poza tym, jak będę już na autostradzie i na ostatnim biegu, to nic nie powinno się stać. Ok, wjechałem na autostradę, kontrolka się zapaliła, ale zignorowałem – jak wskazali. Po krótkim czasie Neon zaczął piszczeć, ale tym razem temperatura silnika podskoczyła do maksimum.. Myślałem, że już po Neonie, zjechałem do stacji benzynowej, Neon zgasł, spod maski wyleciał cieniutki dym. Otworzyłem maskę, przyjąłem nieprzyjemny zapach, postanowiłem Neona już nie ruszać.. Przyjechała laweta i 150km jechaliśmy z Neonem do Bostonu. W piątek rano przyjechał drugi laweciarz, wziął Neona do mechanika. Generalnie, spodziewaliśmy się najgorszego – kosztów naprawy przewyższających wartość samochodu. Miałem takiego doła, że nie miałem na nic ochoty.. Dzisiaj rano mechanik oświadczył, że uszkodziła się chłodnica i olej oraz płyn do automatu wyciekały, przez co biegi nie śmigały, a silnik się przegrzewał, $650 do naprawy, czyli dużo mniej niż się spodziewaliśmy, ale do cholery, to kolejne pieniądze które muszę wydać na Neona.. Na nowy samochód mnie nie stać, muszę naprawiać. Ech… nigdy więcej nie kupię amerykańskiego samochodu, następne kółka wyjadą od Toyoty.

Dostałem dzisiaj od znajomej z pracy dokument ze zdjęciami z baru fast food w Beijing (Pekinie): Beijing Fast Food. Spodziewałem się egzotyków, ale to co zobaczyłem raczej przekroczyło moje „oczekiwania”. Mam przeczucie, że Europejczycy polecą na igrzyska z własnym prowiantem :) Swoją drogą, zastanawia mnie dlaczgeo w Polsce (i poza nią) nie ma polskiej sieci szybkiego jadła, a może już taka jest, tylko ja o niej nie wiem. Niestety, im dłużej jestem w Stanach, tym mniej wiem co nowego w kraju..

W sobotę byliśmy z Eleną na weselu naszej znajomej z Bostonu. Impreza udana, choć bardzo wyjątkowa, bo wesele odbyło się tylko po to, aby zrobić zdjęcia dla urzędu imigracyjnego.. Na wszelki wypadek nie będę tu podawać nazwisk. Młoda para i większość gości ubrani byli jak na prawdziwą imprezę, która odbyła się w ich domu. Nie było profesjonalnego fotografa, jedynie małe kompakty, które ludzie przynieśli ze sobą. Nie było orkiestry, tylko muzyka z komputera. Był natomiast szampan, tort, rzucanie welonu i lodówka pełna alkoholu. Jednym z gości weselnych był również chłopak panny młodej, który nawet robił zdjęcia, jak ta była w objęciach pana młodego. Było zatem parę śmiesznych i parę naprawdę dziwnych sytuacji. Goście zrobili pannie młodej przysługę, by ta mogła przekonać urzędnika imigracyjnego, że jej związek oparty jest na miłości, co pozwoli jej ubiegać się o zieloną kartę, czyli legalny pobyt i pracę, a dzięki temu odwiedzić rodzinę po paru latach nieobecności.

Jak tak sobie człowiek o tym wszystkim pomyśli, to tak naprawdę coś tu jest nie tak. Dlaczego człowiek musi ubiegać się o pozwolenie na pracę? Dlaczego to jest przywilejem? Nie powinno być dokładnie odwrotnie? Można sobie tylko wyobrazić wiele innych kuriozalnych przedsięwzięć, w celu uzyskania takiego pozwolenia. Jak to jest, że jedni ludzie gotowi są czasem ryzykować własnym życiem, aby móc pracować w ludzkich warunkach, a drudzy, mając te warunki, żyją na zasiłkach? Znam historię paru ludzi, którzy dostali się do Stanów poprzez pustynną granicę z Meksykiem. Zapłacili $25k i przez trzy dni koczowali na pustyni, aby tu się przedostać i zarabiać jednego dnia tyle, ile wcześniej przez miesiąc. Ich następne pokolenia będą już pewnie żyły w słodkiej nieświadomości, bez stresu o przeżycie, a te historie po prostu przepadną w niepamięć. Myślę, że w Stanach takie historie rodzą się i giną każdgo dnia, ale czy tak musi być?