Skip navigation

Category Archives: Stany

Dwa tygodnie temu miałem przyjemność pojechać na wesele kuzyna Eleny, które miało miejsce w Południowej Karolinie. Po prawie 14-godzinnej jeździe i przejechaniu 1400km dojechaliśmy do celu. Kierowaliśmy na zmianę z Eleną i muszę przyznać, że nawet kierowanie naszą Toyotą może w pewnym momencie (aczkolwiek tylko tymczasowo) obrzydnąć.. Przejechanie tak długiego odcinka, wbrew pozorom, ma jakieś zalety nad pokonaniem go samolotem. Na przykład można zaobserwować jak liście „rosną” w oczach – w Bostonie drzewa nagie, a w Pd. Karolinie jeszcze całkiem zielone.

Nie przypominam sobie, abym wcześniej pisał o tym jak przebiega amerykańskie wesele, które znacznie różni się od polskiego. Mam teraz świeże doświadczenie w tej materii, a więc przejdźmy do tematu. Przede wszystkim rozpoczyna się na dzień przed ślubem (pomijając wieczory panieńskie i kawalerskie). W tymże dniu, w godzinach porannych odbywa się tzw. „bridal shower„, czyli przyjęcie ślubne dla panny młodej i wszystkich innych kobiet zaproszonych na wesele, często organizowane jako niespodzianka przez druhny („bridesmaid”), których z reguły jest troje, choć może ich być więcej. Na tym przyjęciu nie byłem, więc trudno mi powiedzieć coś więcej niż to, że panna młoda dostaje jakieś prezenty, kobiety piją kawę, robią zdjęcia, rozmawiają i po dwóch godzinach impreza się kończy. Po południu tego samego dnia odbywa się tzw. „wedding rehearsal„, czyli próba generalna ślubu. Para młoda oraz wszyscy świadkowie (3+ druhny i 3+ drużbowie) zbierają się w miejscu, gdzie odbędzie się ślub (w naszym przypadku była to altanka w środku parku). Wszyscy odgrywają swoje role i po temacie.. Wieczorem rodzice organizują „rehearsal dinner„, czyli kolację po próbie, na którą z reguły zaproszona jest jedynie najbliższa rodzina. Pije się alkohol i biesiaduje, ale nie tańczy. Ma to na celu zapoznanie się z innymi gośćmi.

W dniu ślubu wszystko rozpoczyna się od .. ślubu. Przy ołtarzu/urzędniku miejskim (w małych miasteczkach jest to często sam burmistrz!) oczekuje pan młody i jego drużbowie, wszyscy ubrani w identyczne garnitury. Najpierw z daleka, w odstępach czasu, przy ładnej muzyce i z wielkim przejęciem (tak jakby to one wychodziły za mąż ;-), podchodzą druhny. One są również identycznie ubrane, ale koniecznie nie na biało, o ich ubiorze zdaje się decyduje panna młoda. Następnie, przy marszu weselnym, podchodzi panna młoda i rozpoczyna się ceremonia ślubna. Wiele par decyduje się tutaj na kompozycję własnej przysięgi ślubnej, wyciągają więc kartki i przyrzekają sobie piękne rzeczy, często odwołują się do spraw osobistych. Obrączki na palcach, pocałunek, zdjęcia i, panna i pan stają się państwem. Eleny kuzyn miał ślub cywilny i cała ceremonia trwała bardzo krótko, może 20 minut. Miła pani z urzędu powiedziała wiążące słowa „I now pronounce you husband and wife” i podniósł się grom oklasków.

Następnie goście udają się do miejsca, gdzie odbędzie się wesele. Często w tym momencie para młoda udaje się na sesję zdjęciową, a goście oczekują ich w specjalnym pomieszczeniu, gdzie znajdują się przekąski. W końcu młodzi docierają na miejsce, tańczą pierwszy taniec i zasiadają do stołu. Wesele amerykańskie trwa krótko, przeważnie do 22, za kolejne godziny płaci się bardzo słono, a niekiedy nawet nie jest to możliwe. Goście bardzo mało tańczą, praktycznie tylko wtedy, kiedy można tańczyć w grupie, samodzielnie (np. Macarena, albo YMCA..). Często nie ma wodzireja i muzyka leci ze sprzętu. Na stołach nie ma alkoholu, podchodzi się do baru (ewentualnie zostawia małe napiwki) i zamawia drinki. Jedzenie podaje się raz, a ze zwyczajów znanym mi z Polski były tylko dwa – odpowiednik „gorzko” i oczepiny. Oczepiny są nieco inne, bo pani młoda rzuca pannom bukiet, a pan młody rzuca kawalerom podwiązkę pani młodej ;-) Niekiedy wybrany kawaler wkłada tę podwiązkę na nogę tej panny, która złapała bukiet. Nie ma tu jednak zwyczaju, że oczepiny odbywają się o północy.

W moim odczuciu organizacja wesela w Stanach skupia się na wielu (dla mnie) zupełnie nieistotnych sprawach, co niestety podnosi również koszta tej imprezy. Goście otrzymują zaproszenia na wesele, na przyjęcie ślubne, na kolację po próbie, dostają drobne prezenty przy stołach, w hotelu.. Tych oficjalnych drobiazgów jest od zatrzęsienia, a same przyjęcie weselne nie jest zabawą, którą się pamięta latami. Tutejsze wesela swoją formą grubo przerastają treść. Przeraża również ich koszt – wg Wikipedii wynosi on średnio $28,000! Niektórzy biorą kredyt, aby je sfinansować – to jest dopiero początek nowej drogi życiowej! Z tego co zauważyłem, polskie wesele zmienia swoje oblicze, mam jednak nadzieję, że nigdy nie będzie wyglądać tak jak tutaj. Oczywiście nie każdy musi przepadać za rosołem, litrami wódki i całowaniem wszystkich wujków i cioci, ale jednak pewne zwyczaje weselne czynią ten dzień wyjątkowym.

Reklamy

Jak już wspominałem wcześniej, w te wakacje odbyliśmy wspaniałą podróż po zachodniej części USA, głównie odwiedzając parki narodowe. Aby nie marnować czasu, polecieliśmy do Salt Lake City, a stamtąd wypożyczonym samochodem wyruszyliśmy w podróż przez Utah, Idaho do stanu Montana, na samej granicy z Wyoming, gdzie mieści się największy park w USA, Yellowstone. Jest większy od stanów Rhode Island i Dellaware razem wziętych, przez trzy dni zrobiliśmy ok 800km w samym parku! Rocznie odwiedza go ponad 3 miliony turystów, ale dzięki ogromnej powierzchni nie odczuwa się natłoku turystów – przeważnie.

Yellowstone to właściwie jeden wielki drzemiący wulkan, ma bardzo zróżnicowany krajobraz – tereny górzyste, jeziora, rzeki, piękny kanion i wielkie gejzery. Same gejzery to wielka atrakcja – nie ma drugiego miejsca na Ziemii, gdzie znajduje się ich tyle w jednym miejscu – jest ich tam ponad 500! Dla wielu ludzi jednak największą atrakcją Yellowstone są dzikie zwierzęta – jest ich mnóstwo i bardzo często poruszają się przy drogach, lub nawet między ludźmi. Można tam spotkać bizony, łosie, jelenie, wapiti, wilki, niedźwiedzie brunatne, grizzli i wiele innych. Z wyżej wmienionych nie udało nam się spotkać jedynie łosia i wilka, a bizonów i wapiti naoglądaliśmy się wiele razy z bliska. Przeważnie wiedzieliśmy, że przy drodze jest jakaś zwierzyna, bo ludzie natychmiast parkowali na poboczu i pytali się co widać. Kiedy ktoś widział niedźwiedzia, ludzie nieomal zostawiali samochody na środku drogi i biegli z aparatami w las, istne szaleństwo.

W miejscach, gdzie można było dojechać samochodem i była jakaś szczególna atrakcja, ludzi było bardzo dużo, ale na szlakach przeważnie było pusto, więc można było obcować z przyrodą, a nie z tłumem ludzi. Ta zasada miała miejsce praktycznie w każdym parku – Amerykanie, zdaje się, wolą dojechać niż dojść. Na szlakach zresztą większość stanowili obcokrajowcy, słyszeliśmy częściej francuski i włoski, niż angielski.

Więcej odnośnie parku znajdziecie pod każdym zdjęciem, choć i tak ciężko ująć Yellowstone słowami i zdjęciami – wiele razy mówiliśmy sobie, że żaden aparat i żadna kamera nie odda tego co widzieliśmy, tam po prostu trzeba pojechać. Poniżej zebrałem ok 20 zdjęć, które mimo wszystko pokazują ogromną różnorodność krajobrazu Yellowstone.

Zapewne wszyscy widzieliście w amerykańskich filmach szkolne autobusy – żółte, ogrągłe, wielkie. Zwożą dzieciaków do szkół – od podstawowych (elementary), przez gimnazja (middle) do średnich (high). Wszystkie kursują w obrębie swojego okręgu szkolnego (school district). Dlaczego o tym piszę? Te okręgi szkolne, moim zdaniem, kompletnie zaszufladkowały tutejsze społeczeństwo, i co gorsza, z danej szufladki coraz ciężej się wydostać. Już tłumaczę.. W Polsce, a przynajmniej tak było za moich czasów, jedyną szkołą której się nie wybierało była podstawówka, do liceum (a dzisiaj i do gimnazjum) trzeba było się dostać – zdać egzamin, złożyć świadectwo, itd. To powodowało, że wyścig szczurów zaczynał się nieco wcześniej i niektórzy ludzie, którym podwinęła się noga, nie dostali się do dobrej szkoły. Z drugiej strony, wielu ludzi mogło uczyć się już zawodu w młodym wieku i wkrótce iść do pracy. Z mojego doświadczenia tych poszkodowanych wielu nie było, przeważnie ci zdolni dostawali się do dobrych szkół i potem szli na studia.

W Stanach ta sytuacja wygląda nieco inaczej, szkoły się nie wybiera, jest się przydzielanym na podstawie miejsca zamieszkania, ale co ciekawe, ma to miejsce aż do liceum! Równy dostęp do szkół rozpoczyna się dopiero na etapie wyższym, gdzie obowiązuje ścisła selekcja głównie na podstawie testów SAT („esejti”, nie „sat”), odpowiadającym naszej maturze. No i teraz do czego ten system doprowadził.. Ludzie zamożni kupują domy tylko tam, gdzie są dobre szkoły, przez co wartość ziemii jest wprost proporcjonalna do poziomu szkół w przynależnym dystrykcie. Dalej, te szkoły otrzymują więcej pieniędzy i mogą pozwolić sobie na dużo lepszą infrastrukturę i kadrę, a dzięki temu przyciągają do siebie więcej mieszkańców. Ludzie mniej zamożni oczywiście kupują nieruchomości w miejscach, gdzie ziemia jest tańsza, a tam przeważnie jest dużo niższy poziom nauczania. I tak, dobre licea na przedmieściach mają baseny, korty, siłownie, wszelkie możliwe boiska, zespoły sportowe grające w krajowych ligach, wyjazdy za granicę, eksperymenty chemiczne, elektroniczne, przedstawienia teatralne, i przede wszystkim wysoki poziom nauczania. W dobrych liceach można brać kursy na poziomie Advanced Placement (AP), które są uznawane przez wiele szkół wyższych jako kursy na poziomie uniwersyteckim, dzięki czemu można wcześniej i taniej skończyć studia. Drugi biegun nietrudno sobie wyobrazić, szkoły w biednych częściach miasta, z jednym boiskiem do kosza, z większą ilością przemocy, narkotyków, fatalną kadrą. Co prawda, wszystkich uczy się pod zdawanie testów i niestety tutejsza edukacja przeważnie nie uczy myślenia, ale zdawania testów, ale różnice pomiędzy niektórymi szkołami bywają ogromne.

Moim zdaniem, właśnie ten system edukacyjny spolaryzował strukturę dzielnic miast. Prawie wszyscy obcokrajowcy, których tu spotkałem, nie mogli się nadziwić jakie są ogromne różnice pomiędzy dzielnicami Bostonu. W jednej syf, bieda, ledwo stojące domy, same domy wielorodzinne, strach chodzić po ciemku. W drugich szerokie ulice, piękne wille, przepych. Często granicę można wskazać palcem – po jednej stronie ulicy domy stoją o metr od siebie, po drugiej, o 5 metrów. Na pewno zaraz ktoś skomentuje, że u nas też są biedniejsze i bogatsze dzielnice – zgoda, ale to nie to samo, nie na takim poziomie. Dodatkowo, prawda jest taka, że im bogatasza dzielnica, tym mniej imigrantów i tym więcej ludzi białych – tego tutaj oczywiście nikt głośno nie powie, bo zaraz będzie nazwany rasistą.

No i teraz do sedna. Rodzi się człowiek, w szufladce. Jaką ma szansę na wyjście do szufladki wyżej? W każdym kraju jest trudno o taki awans, ale tutaj system edukacyjny po prostu nie ma litości. Ludzie mało zamożni chodzą do słabych szkół, mają dużo częściej i wcześniej do czynienia z przemocą, przeważnie nie idą na studia – bo sobie nie dają rady, bo ich nie stać na taki luksus. Kiedy mówię Amerykanom o mojej „teorii”, najpierw zaczynają bronić tej rzeczywistości, argumentacja jest zawsze taka sama – każde dziecko powinno mieć szansę dostać się do dobrej szkoły, i gdyby egzaminy były już od gimnazjum, to wielu byłoby straconych, bo akurat nie są dobrzy w testach, bo mieli słaby dzień, itd. A tak, mówią, dostają się do szkół, gdzie są lepsi od nich, podciągają się i dają z siebie więcej. Na co ja od razu mówię, że przecież to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ten system właśnie nie daje szans dzieciakom, które urodziły się w kiepskim miejscu. No i wtedy zaczynają kiwać głowami.. Swoją drogą, tu nie ma zawodówek, techników, czy liceum profilowanych – każdy powinien mieć szansę na ogólnokształcenie – czy to ma sens?

Mój znajomy niebawem będzie kupować tutaj dom. Kryterium numer jeden jest oczywiste – najlepszy dystrykt szkolny w okolicy. Skąd wiadomo, gdzie ich szukać? Amerykanie uwielbiają statystykę, rankingi zaczynają się od przedszkoli! Zamieszkają obok ludzi z podobnym dochodem, podobnym ilorazem inteligencji, ich dzieci pójdą do najlepszych szkół, otrzymają szansę na świetne wykształcenie, dostaną się na najlepsze szkoły w Stanach, pójdą do pracy i będą dobrze zarabiać, aż w końcu sami kupią dom na podobnym osiedlu z myślą o swoich dzieciach. I tak w kółko, w szufladce.

Od momentu, kiedy przyjechałem do Stanów na studia, zauważam w tutejszym społeczeństwie jedną zmianę – rosnąca wrażliwość na problemy środowiska. Na pewno w pewnej mierze przyczynił się do tego film Al’a Gore’a „The Inconvenient Truth”, film coraz bardziej kontrowersyjny, bo wielu naukowców kwestionuje tezy Gore’a, a sam Gore okazał się hipkrytą płacąc miesięczny rachunek za prąd w wysokości $2000 (my płacimy $50). Z resztą, im więcej czytam na temat „globalnego ocieplenia”, tym mniej wierzę w to, że do tego zjawiska przycznił się głównie człowiek. Coraz więcej naukowców uważa, że to normalny cykl życia Ziemii. Tak czy inaczej, samego ocieplania chyba nikt nie podważa, a to działa na ludzi – topniejące lodowce, łagdniejsze zimy, itp.

Od paru miesięcy Ameryka oszalała na punkcie „Green” – producenci wszelakiego sprzętu reklamują zieloność swoich produktów, od samochodów, komputerów po wielkie projekty jak elektrownie. We wszystkich wielkich sieciach sklepów nakłania się klientów do używania toreb wielokrotnego użytku (rozdają je za grosze, albo zupełnie za darmo), zastępując plastikowe reklamówki. I tu od razu pomyślałem sobie o moim dzieciństwie, kiedy było to rzeczą zupełnie normalną – dlaczgeo daliśmy się namówić do używania tych wszędobylskich, słabych i prześwitujących, plastikowych reklamówek? Pewnie dlatego, że nie były trendy.. Myślę, że za parę lat ludziom będzie wstyd nosić zakupy w plastiku – to tylko kwestia czasu.

Zieloność rozprzestrzenia się w tempie nadzwyczajnym, coraz bardziej popularne stają się panele słoneczne, samochody z alternatywnym napędem, na rynku pojawiło się kilkadziesiąt magazynów promujących zielone życie. W sklepach spożywczych pojawiło się mnóstwo produktów „organicznych” – czyli tzw. zdrowe jedzenie. Ten temat mnie mocno irytuje, bo czuje się jakby zaczęto produkować papierowe samchody, a te obecne reklamować jako „bezpieczne”. Jako dziecko mogłem zjeść jajko od kury, która żyła z tyłu domu i to było po prostu jajko. Dzisiaj to już nie jest jajko, to jest „cage-free all-natural egg”, bo kura nie stoi całe życie w jednym miejscu, ma dziób i nie jest faszerowana antybiotykami. To samo ma się warzyw i owoców, które w formie „organicznej” są 2,3 razy droższe od tych „zwykłych” – paranoja!

Zielonej rewolucji sprzyjają drakońskie ceny paliwa – dzisiaj $3.65, 2 lata temu $1.90, 6 lat temu $1. Amerykanie nie kupują już tak chętnie wielkich SUV-ów, tylko patrzą ile spala ich kompaktowy samochodzik. To jest bardzo widoczne w marketingu, gdzie MPG (miles per gallon) jest potężnie eksponowane. Ja sam inaczej jeżdżę – wolniej, wolniej się rozpędzam, staram się nie jechać kiedy nie jest to konieczne. I nie ja jeden zmieniłem swój styl jazdy. Coraz głośniej mówi się zatem o alternatywach dla ropy, np. biopaliwach, choć już dzisiaj wiadomo, że wykorzystywanie ziem uprawnych do produkcji paliw przyczyni się do podwyżek cen i braku żywności. Co pozostaje? Słońce, wiatr, woda – choć tam też pewnie znajdą się problemy… A co z atomem? Dlaczego tak mało się mówi o napędzie nuklearnym? Nie przeszkadzałoby mi jeździć samochodem z atomem – a portfel nie miałby już anoreksji :-)

Coraz większym problem na świecie staje się dostęp do wody pitnej. W samych Chinach dostępu do niej nie ma ok. 2 milionów ludzi. Poziom wody w rzece Colorado, która na tamie Hoover Dam produkuje energię dla południowego zachodu USA, spada każdego roku, jest to bardzo poważny problem i być może w przyszłości jedynym źródłem wody pitnej dla tego regionu będzie odsolona woda morska. A swoją drogą, wiecie, że ilość wody na Ziemii się nie zmienia? Zmienia się stosunek wody słodkiej do morskiej, ale nie całkowita objętość.

Zmienia się zatem świadomość Amerykanów, ludzie zaczynają traktować Ziemię jako dobro, które może się kiedyś wyczerpać, które trzeba umieć dzielić z innymi. Jeżeli jednak problemów będzie przybywać (a przy gigantycznej ekspansji Chin i Indii, pewnie będzie), ludzie – moim zdaniem – zaczną inaczej myśleć o potomstwie i będą sie zastanawiać, czy chcą aby ich dzieci żyły w takim świecie. I może właśnie taka postawa będzie ratunkiem dla przeludnionej Ziemii? Tak, wiem, są inne, dużo szybsze, metody.. :-/

Ostatnimi czasy w Polsce coraz częściej mówi się na temat budowy elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, o udziale polskich wojsk w Iraku i Afganistanie. Polacy domagają się inwestycji, zniesienia wiz, itd. Amerykańskie media kompletnie ignorują ten temat, choć nie tylko ten. Przeciętny Amerykanin, który nie czyta, a jedynie ogląda show a’la CNN czy FOX, nie ma zielonego pojęcia, że w Afganistanie są inne wojska niż amerykańskie! Tak jak pokazują to wszelkie produkcje Hollywood, tylko Amerykanie ratują świat :-) Tutejszemu rządowi/mediom udało się kompletnie odizolować obywateli od zagranicznych tematów, a jeżeli takie są poruszane, to tylko dlatego, że mają z nimi bezpośredni związek, np. udział wojsk w Iraku – rosnące koszta wojny odbijają się na ekonomii. Tym, że buduje się jakąś tarczę, że Amerykanom pomagają jakieś małe i nieistotne państwa, nie powinno się zawracać ludziom głowy, niech wierzą, że Ameryka jest wielka i nie potrzebuje niczyjej pomocy. Niestety ta zupełna ignorancja społeczeństwa daje rządowi wolną rękę w działaniu poza granicami kraju, co zupełnie je kompromituje w oczach świata.

Country to zdaje się jeden z niewielu gatunków muzyki, który nie rozprzestrzenił się poza granicami USA. Większość Amerykanów przypisuje tą muzykę farmerom, co w dużej mierze jest pewnie prawdą, dlatego młodzi ludzie często nie przyznają się do tego, że słuchają tej muzyki. Byłoby jednak ogromnym nadużyciem, gdyby ktoś porównał to do disco-polo, bo country to najczęściej śpiewana poezja, na dużo wyższym poziomie lirycznym niż jakakolwiek popowa nuta. Country ma też to do siebie, że jest bardzo amerykańskie – narodowe, specyficzne, pełne kolokwializmów, idiomów – trudne do zrozumienia jeżeli nie jest się Amerykaninem. Skąd to wiem? Elena jest wiernym fanem country :-) Ja się w to raczej nie wciągnę, bo nudzi mnie monotonia brzmienia, a słów po prostu nie doceniam, bo często nie rozumiem znaczenia, mimo iż rozumiem każde słowo. Popularność tej muzyki w danym regionie jest ściśle skorelowana z nastrojami politycznymi, nastawieniem do imigrantów, homoseksualistów, ekologów, posiadaniem broni, czy religijnością. I tak, solidny wokalista country musi być twardym facetem, z gnatem w kaburze i kapeluszem na głowie, wierzącym w chrześcijańskiego boga, co najmniej lekkim ksenofobem – w przeciwnym razie kariery nie zrobi. Fani country z reguły głosują na tego kandydata, który prezentuje podobne wartości – dlatego właśnie obecny prezydent miał tak silne poparcie na południu i w środkowym zachodzie USA, tam gdzie gęstość mała, imigrantów prawie wcale, a Bush to był swój chłop z rancza w Texasie..

Dwa tygodnie temu odbył się 112. Maraton Bostoński. Tym razem, nie oglądałem uczestników przed własnym domem, ale pojechałem z Eleną do centrum miasta zobaczyć ostatnie metry. Będąc już na miejscu dowiedziałem się, że jednym z uczestników tegorocznej imprezy był Lance Armstrong. Przez całe 42.195km kamery nie opuszczały go ani na krok, pewnie dzięki temu biegła wokół niego niezła grupka ludzi :-) Zwycięzca, Kenijczyk Robert K. Cheruiyot, wygrał te zawody poraz czwarty, tym razem inkasując pół miliona dolarów, zajęło mu to raptem 2:07:46 – w takim czasie to chyba nawet Exxon Mobil nie zarabia.. W pierwszej dziesiątce mężczyzn znalazło się 9 Afrykanów i dopiero dziesiąty był Amerykanin. Armstrong przebiegł maraton w 2:50:58, i to nie był jego pierwszy taki bieg, dwa razy biegł już w Nowym Jorku – imponujące biorąc pod uwagę wyniki w kolarstwie i pokonanie raka. Wrzuciłem na YouTube jego ostatnie metry w Bostonie, niestety jakość nie jest najlepsza – YouTube mocno kompresuje podesłane wideo, oryginalny plik miał 53MB:

Kiedyś myślałem, żeby zacząć trenować na maraton, ale to nie na moje siły.. 10km dałbym radę, ale 42 nie ma szans, nie przy mojej budowie. Dodatkowo, wczoraj przeczytałem, iż pewni naukowcy udowodnili, iż liczba komórek tłuszczu nie zmienia się w naszym ciele przez całe życie – one się tylko kurczą, lub rozszerzają – więc jaka tu motywacja!? Powiedzenie „spalanie tłuszczu” traci w tym momencie sens, bardziej odpowiednie byłoby „skurczanie tłuszczu” :-)

ElenaskimosOd paru dni nie mieszka już z nami Tony Blair, w związku z czym zostaliśmy z Eleną jedynymi lokatorami pierwszego piętra. Jak na razie wspólne życie układa nam się bardzo pomyślnie, ani razu nie musiałem spać na kanapie :-) Na początku było trochę dziwnie, bo mieliśmy dużo przestrzeni i tylko parę mebli. Przez parę dobrych lat jedyne co potrzebowałem to biurko i łóżko. Nagle trzeba było wypełnić trzy pokoje, wypoczynkowy, kupić szklanki, sztućce, talerze, wieszaki, dywany… Heh, jakoś sobie człowiek wcześniej radził bez tego, a teraz jest to wszystko konieczne. To znak czasu..

W kącie bardzo świeża fotka Eleny, kryje w sobie parę ciekawych szczegółów. Choć Elena wygląda jak Eskimoska, kurtkę dostarczył polski producent Reserved ;-) Na zdjęciu (po kliknięciu) widać również mnie, przynajmniej moje zarysy, mam czarny kaptur na głowie. Do tego wszystkiego, fotka została zrobiona na cmentarzu! Zabrzmi to groteskowo, ale pojechaliśmy „zwiedzić” zabytkowy cmentarz Forrest Hills Cemetery, założony na początku XIX wieku. To potężna nekropolia, można tu znaleźć nagrobki bohaterów amerykańskiej wojny rewolucyjnej, o secesyjnej nie wspominając. Jakiś czas temu pisałem o ponurym cmentarzu-magazynie, Forrest Hills to jednak zupełnie inna bajka, to prawdziwe muzeum sztuki, pełne rzeźb i potężnych grobowców. Całość otulona pięknym krajobrazem: wzgórzami, stawem i wiekowymi drzewami. Ludzie przychodzą tutaj na spacery, nawet na piknik, do czego zachęca administracja ;-) Poniżej fotka, którą zrobiliśmy tam w styczniu.

Forrest Hills

Zanim wyleciałem do kraju, wszystkie tutejsze sklepy wypchane były po uszy świątecznymi promocjami – to zdaje się nie jest już dla nikogo zaskoczeniem. Po powrocie, ok. 15 stycznia pojechałem zrobić zakupy i okazało się, że wszystkie gwiazdorki wylądowały na przecenie, a na półkach pojawiły się… serduszka. Cokolwiek da się zjeść opakowane było w różowo-czerwone barwy, rozpoczął się „Valentine’s Day Season”.. Tak, to już nie jest tylko dzień, to już jest sezon! Miesiąc później, analogicznie, serduszka wylądowały na przecenie, a półki opanowały jajka i kurczaki. I tak w kółko, życie konsumenta nie jest łatwe..

Media na okrągło bębnią o nadchodzących wyborach prezydenckich. Ich system jest zupełnie inny niż u nas, ma to związek przede wszystkim z wielkością kraju. Zanim partia Demokratyczna czy Republikańska wystawi własnego kandydata, robi tzw. prawybory. Jest to więc organizowana z prywatnych pieniędzy wewnątrzpartyjna batalia. Kandydaci jeżdżą po wszystkich stanach i odnoszą się do problemów konkretnego stanu – partie wiedzą wiele, np., że w stanie X w ostatnich wyborach głosowali na nich głównie biali ludzie, o takim dochodzie i wykształceniu, itd. Kto może głosować w tych prywatnych prawyborach? Ci wyborcy, którzy rejestrując się zaznaczyli krzyżyk „Democrat”, lub „Republican”. Żeby w ogóle móc głosować w czymkolwiek należy się zarejestrować w DMV (Department of Motor Vehicle), czyli urzędzie wydającym dowody osobiste (tak, też można je tu wyrobić), prawo jazdy i licencje głosującego. Trzeba oczywiście udowodnić obywatelstwo, przeważnie wystarcza akt urodzenia. Wracając do prawyborów, głosować można tylko dla tej partii, obok której zaznaczyło się krzyżyk – w niektórych stanach partie dopuszczają głosujących z kategorii „Other” lub „Independent”. Każdy stan ma określoną liczbę delegatów, pewnie odpowiadającą ludności. Kandydaci zbierają delegatów i ten kto ma ich najwięcej zostaje wybrany na konwencji partyjnej kandydatem na prezydenta. Mógłbym tutaj pisać o wielu niuansach, ale nie wiem czy to kogokolwiek interesuje. Konwencje obu partii odbędą się w wakacje, wtedy asygnowani kandydaci przedstawią również swoich kandydatów na wiceprezydenta. W całym tym zagmatwanym systemie jest – moim zdaniem – wiele niesprawiedliwości i obłudy. Te prawybory otrzymują kilkaset godzin czasu antenowego – za darmo! Kandydaci niezależni nie organizują prawyborów, bo nie mają wewnętrznych kandydatów, więc media kompletnie ich ignorują. Ponadto, żałosne jest to, że jednego dnia kandydaci z jednej partii rzucają na siebie błotem, a drugiego kiedy już jeden z nich nie ma szans, wychwala byłego rywala pod niebiosa. Co jeszcze śmieszniejsze, rzucając się błotem muszą być ostrożni, bo te brudy wytknie w przyszłości kandydat z drugiej partii, a mimo wszystko lepiej żeby wygrał „nasz”.

Włączyłem dzisiaj na chwilę telewizor, wyskoczyły wiadomości. Najważniejszą informacją było odkrycie, iż Patrick Swayze ma raka. Myślałem, że zrzucę to pudło na podłogę! Czy do cholery jasnej nie ma na tym świecie ważniejszych problemów? Ręce opadają, kiedy ogląda się te żałosne „wiadomości”, nic tylko Próżność i Prymitywizm. I muszę przyznać, że TVN ze swoimi śmiesznymi „Faktami” coraz bardziej to przypomina. Raz po raz oglądam „Fakty”, bo jako jedyne mogę oglądać przez sieć (iTVP jest zablokowane dla USA). Ich ekscytacja tragedią jakiegoś dziennikarza, pokazywanie symulacji komputerowych, przeprowadzanie wywiadów z przechodniami i informowanie o wynikach sekcji zwłok jest po prostu podłe. Dokąd to wszystko zmierza? Czy ludzie zamieniają się w totalne bezmózgi? Kiedyś musi nastąpić jakieś przesilenie..

W październku miałem przyjemność dwa razy spotkać się z Lidką, koleżanką z licealnej ławki. Lidka mieszka w San Francisco, ale na miesiąc przyjechała do Nowego Jorku ze swoją przyjaciółką z Rosji, Margaritą. To kolejny dowód na to, że wschodnie mentalności są ze sobą kompatybilne. (Często zdarzało się tak, że ja i Sergei rozumieliśmy się prawie bez słów, a Brazylijczycy nie mieli zielonego pojęcia o czym mówimy.) Lidka pracowała przez miesiąc w głównej siedzibie ONZ, w ramach wolontariatu. Brzmi bardzo nobilitująco, choć nie byłem mocno zaskoczony jak się dowiedziałem, że ta organizacja to potężna machina biurokratyczna, w której panuje totalny bałagan. Lidka wspominała sytuację, kiedy przychodził do nich jeden szef, mówił co mają zrobić, a po 10 minutach przychodziła inna osoba i mówiła, że słowa tej pierwszej osoby są nieistotne i mają zrobić coś innego. Po jakimś czasie pojawiała się kolejna osoba, i tak w kółko.. Kiedyś podczas lotu do Polski poznałem kobietę, której mąż pracuje w ONZ, mówiła mi wtedy, że ponad połowa przedstawicieli różnych państw traktuje ONZ tylko i wyłącznie jako przygodę, okazję do wyjazdu, a nie jako możliwość do wprowadzenia zmian.

Jak już wspomniałem, spotkaliśmy się dwa razy podczas jej pobytu na wschodnim wybrzeżu. Najpierw one przyjechały do Bostonu, a dwa tygodnie poźniej spotkaliśmy się w Nowym Jorku. W Bostonie dużo spacerowaliśmy po centrum i w porcie, pojechaliśmy również do Cambridge zobaczyć Harvard (choć tam tak naprawdę nie ma wiele do zobaczenia moim zdaniem). Pod koniec ich pobytu pojechaliśmy do polskiej dzielnicy, gdzie zjedliśmy obiad i zrobiliśmy spożywcze zakupy. To naprawdę dziwne, choć miłe uczucie, jak widzi się na półkach Kubusie i Delicje, a za ladą ładne ekspedientki sprzedają kabanosy, mimo iż jest się po drugiej stronie oceanu..

Read More »